wtorek, 15 lutego 2011
Michał...
Michał - pierwsza z osób, której śmierć przeżyłam fatalnie. Gadaliśmy dość często - miał zranioną duszę, wciąż chciałam utwierdzać go w przekonaniu, że człowiek sam kształtuje swoje życie. Zginął w wypadku samochodowym - prawdopodobnie w godzinę po naszym pisaniu na gg.
Pisany w dniu następnym Jego pogrzebu
Stare dusze, chyba z wieczności
mówią do mnie
poznały już wszystko?
Patrzą mądrymi oczami,
wszystko wiedzą i straszą
pustką.
Wypalone?
Michał... odrzucony przez siostry
dwudziestego siódmego
drzewo i sprasowana maska.
33 - to dużo czy mało?
Czy mogłam
czy porafiłbym
czy umiała...
Nie można zarazić wesołością
już to wiem.
Zwątpienie... cóż bywa i tak...
Jakiś tekst nie w porę
a może właśnie
w odpowiednim czasie.
Rano pogrzeb, a wieczorem śmiech
alkohol i ona - wesołasmutna
i on liczącyna seks
a następnego dnia
tenjedyny
czy jeszcze ważny?
Proszę wciąż - uderz pięścią w stół
wykrzycz swój żal
wszystkie emocje
które w Tobie tkwią...
ale
bo
przecież
CISZA...NIC...BRAK ODPOWIEDZI
inni
Kasandra
Też pisała wiersze. Była jedną z niewielu kobiet - muz ;)
Dyzio
Muzyk - człowiek z pasją. Wciąż namawiałam go by napisął muzykę do jakiegoś mojego wiersza. Mówił, że moje wiersze są arytmiczne. I pewno miał trochę racji.
Bartek- Pył na Wietrze
Znów Byk - młody zabawny - mieszkał w Częstochowie. Był niesamowicie odpowiedzialnym człowiekiem, idealnym przyjacielem dla ludzi ze swojego realnego życia. Setki razy gadaliśmy, na ogóle wygłupy, całusy i odlotowe nabijanie się z czatowej widowni. Zupełne wariactwo. Uwielbiałam takie akcje - zresztą do dziś tak mam - gdy boll z Saszką zaczynają - umieram ze śmiechu.
Raskolnikow
Filip - wchodził też jako conga. Młody chłopak o szalonych pomysłach. Znałam go luźno, ale gdy przysłał mi swoje opowiadanie - byłam zaskoczona. Nigdy nie odbierałam go jako poważnego, a co dopiero kogoś kto ma aż tak głębokie i smutne przemyślenia.
Darknuit
Tomek - następny Byk w moim wirtualnym świecie. Był do zwierzeń - jakichś tam rozmyślań o naturze byczej. Pisał smutne wiersze, często konfabulował i nigdy nie bywał szczery. Po jakimś czasie zaczęliśmy dzwonić do siebie. Twierdził, że rzadko dzwoni do ludzi z netu - byłam raptem trzecia. Po którejś rozmowie głosowej dał mi odczuć, że jego telefony są jakby aktem łaski dla mnie. Gdy zaczęłam opowiadać o swoich rozmówcach - nigdy nie miałam oporów co do spotkań realnych lub tylko głosowych - Tomek b. się zdenerwował. Uznał mnie za łatwą, żądną wrażeń i chyba kokietkę. Po tej rozmowie telefonicznej nigdy nie odnowiliśmy jakiegokolwiek kontaktu.
sobota, 12 lutego 2011
Apator
Piotr - neurolog z Rzeszowa. Przychodził też jako płaskodenny. Był dość dobrym znajomym Tomka-sztyleta. Znali się wcześniej, ale w chwili gdy zaczęłam bywać na Książce coś ich poróżniło - do dzis nie wiem co to było. Piotr opowiadał mi o fotografii Tomka, którą dostał swego czasu - jego żona oglądając ją stwierdziła duże podobieństwo między nimi. Byłam swoistym rodzajem przekaźnika między nimi - obaj wypytywali się o siebie nawzajem, obaj podawali (do przekazania przez mnie) mi informacje o sobie. Z Piotrem przeważnie gadałam na gg - omawialiśmy psychologiczne, neurologiczne i parapsychiczne aspekty ludzkiego umysłu. W tym czasie poznałam juz masę ludzi, którym lub o któych pisałam wiersze - Piotr zawsze służył mi pomocą czy wiersze te są dobrze skonstruowane od strony psychologicznej właśnie. Gdy do mnie zadzwonił (wcześniej Tomek pisał mi, że z Piotrem się ciężko rozmawia) okazało się że mówi raz ciszej raz głosniej, rwie zdania, milknie lub w jakiś sposób się stresuje. Nie zawsze mogłam zrozumieć o czym tak naprawdę chce mi powiedzieć. Nie istniało cos takiego w rozmowie pisanej - tam rozumieliśmy się doskonale. Gdy do mnie dzwonił po raz pierwszy był w Warszawie - namawiał na spotkanie bym przyjechała - miał konferencję naukową. Po latach przyznał się, że w tamtym okresie przebywał na badaniach w szpitalu psychiatrycznym (stwierdzono u niego depresję dwubiegunową) - twierdził, że Tomek też na nią cierpi i to ich zbliżyło swego czasu. Nasze pisania gadugadowe kończyły się przeważnie doświadczeniem psychologicznym Piotra na mojej osobie - formą wywiadu lekarskiego zakończonego diagnozą. Myślę, że były to po prostu żarty Piotra wobec mnie. Po każdym pisaniu wynajdował mi nowe choroby psychiczne lub natręctwa (pamiętam dzień gdy uznał że jestem psychiczną masochistką, bo chcę wnikać w ludzkie dusze, pomimo że często mnie ostrącano). Gdy przestałam przychodzić na czat - kontakt z Piotrem wcale się nie skończył. Dzwonił do mnie przeważnie w wigilię, składał życzenia i wypytywał o mnie i o Tomka (dalej z T. pisałam na gg). Gdy Tomek robił w 2008 r. wystawę swoich fotografii o qrczaku, mieliśmy oboje tam jechać - w końcu oboje nie mogliśmy.
piątek, 11 lutego 2011
Cortez
Na rynku koło Domu Polonii spotkaliśmy tę parę. Krzyś oczywiście pstryknął im fotkę.
Cortez - Krzyś. Od zawsze go lubiłam. Jego pomieszane wiecznie literki przywodziły mi na myśl człowieka niepoukładanego wewnętrznie - rozchwianego i lekko postrzelonego. Nic bardziej mylnego, Spotkaliśmy się realnie gdy jechał na wesele do córki znajomej z netu - do Jachranki - jakieś 20 km ode mnie. Przyjechał - umówiliśmy się na dworcu - dzwoniliśmy do siebie gdy już tam był. Doszłam do dworca - chodzę szukam - oglądam ludzi - nic. Znałam z fotki, znałam z głosu i za Boga nie moglam rozpoznać. W końcu podeszłam do faceta siedzącego na ławce - on podnosi głowę znad kapelusza i mówi - przecież wypisane mam na kapeluszu Cortez. Myślałam, że skonam ze śmiechu. Spotkanie super -gadaliśmy non-stop, choc głównie ja. Oprowadzałam go po mieście - był nim zauroczony - dałam mu na pamiątkę swój artykuł historyczny, który niedawno napisałam. Żałował, że nie wziął aparatu fotograficznego. Obiecał następny raz. Spotkaliśmy się ponownie po 4 latach - przywiózł aparat - spędziliśmy ze sobą około 3 dni. Były Dni Patrona Miasta - patrzyłam na Krzysia jak chłonął całym sobą to co działo się wokół. Jak dziecko cieszył się każdym wydarzeniem i wciąż cykał fotki. Zostawł mi na pamiątkę swoje zdjęcia ze śmiesznymi komentarzami. Każde było zaopatrzone w jakiś wesoły tekst luźno związany z fotką. Co jakiś czas dzownimy do siebie, Jest w sumie jedynym człowiekiem z Książki, z którym mam stały kontakt od 9 lat.
Cortez - Krzyś. Od zawsze go lubiłam. Jego pomieszane wiecznie literki przywodziły mi na myśl człowieka niepoukładanego wewnętrznie - rozchwianego i lekko postrzelonego. Nic bardziej mylnego, Spotkaliśmy się realnie gdy jechał na wesele do córki znajomej z netu - do Jachranki - jakieś 20 km ode mnie. Przyjechał - umówiliśmy się na dworcu - dzwoniliśmy do siebie gdy już tam był. Doszłam do dworca - chodzę szukam - oglądam ludzi - nic. Znałam z fotki, znałam z głosu i za Boga nie moglam rozpoznać. W końcu podeszłam do faceta siedzącego na ławce - on podnosi głowę znad kapelusza i mówi - przecież wypisane mam na kapeluszu Cortez. Myślałam, że skonam ze śmiechu. Spotkanie super -gadaliśmy non-stop, choc głównie ja. Oprowadzałam go po mieście - był nim zauroczony - dałam mu na pamiątkę swój artykuł historyczny, który niedawno napisałam. Żałował, że nie wziął aparatu fotograficznego. Obiecał następny raz. Spotkaliśmy się ponownie po 4 latach - przywiózł aparat - spędziliśmy ze sobą około 3 dni. Były Dni Patrona Miasta - patrzyłam na Krzysia jak chłonął całym sobą to co działo się wokół. Jak dziecko cieszył się każdym wydarzeniem i wciąż cykał fotki. Zostawł mi na pamiątkę swoje zdjęcia ze śmiesznymi komentarzami. Każde było zaopatrzone w jakiś wesoły tekst luźno związany z fotką. Co jakiś czas dzownimy do siebie, Jest w sumie jedynym człowiekiem z Książki, z którym mam stały kontakt od 9 lat.
Arkowi - ponownie - po latach stu ;)
Popatrz znów zima
zziębnięte ptaki
czekają na ciepło
wiem jakie to ważne
rozpalić w sobie ogień
gdy żar dogasa
łaknę
wciąż
i wciąż
ale tak bardzo
boję się
że znów
wyrwiesz
swoje słowa
ze mnie
że
nawet
zima
nie pomaga
spłoszony jak ptak
ulecisz z rąk
proszę
tylko o
ciut
cud
cyt
i ...
psyt ;)
Sen
Jestem w domu - patrząc przez okno dostrzegam czarne kontury starej zniszczonej łodzi. Jest ogromna - wokół niej czarne wypalone drzewa, spalona na popiół ziemia i wszechogarniająca ciemność. Jestem w więzieniu - spowijająca zewnętrzny świat ciemna mgła nie pozwala na wyjście. Tkwię w środku - żaden ratunek nie wchodzi w grę. Wiem - na zewnątrz czyha na mnie coś, na domiar złego - zagląda wciąż do moich okien i mnie deprymuje. Jestem rybą w akwarium - oglądana i podświadomie zmuszana do określonego zachowania. Wiem, moja obrona zakończy się klęską - jeszcze próbuję zakryć siebie przed oczami z zewnątrz, ale sił mam coraz mniej i mój opór słabnie. Ten ktoś myślami zmusza mnie do porzucenia wstydu i ukazania prawdziwej mnie - nagiej, bezbronnej i uzależnionej od obserwatora. Szukam wyjścia z tej sytuacji - ale jestem sama w domu - ani ja sama ani nikt inny nie potrafi mi pomóc. Czekam na koniec... mnie mojego świata mojego ja...
czwartek, 10 lutego 2011
bowka
Zamknij drzwi na klucz
Czasami lepiej milczeć
Niż podawać złe słowa
Ale jeśli zechcesz
Dam Ci piękne słowa
Tylko myśl o mnie
Jak najczęściej
Minie wiele chwil
Tych bez Ciebie
Jaka będę ja
Jaki Ty
Czy mi słowa dasz
Niczym potok
Czy mi duszę swą
Dasz jak kwiat
Minie znów
Parę trudnych dni
Zechcesz weźmiesz je
Niczym swe
Ale proszę Cię
Nie oceniaj
Bo jak zwiędły kwiat
Będę znów
Poznałam go właściwie na samym początku przychodzenia na czat. Jawił mi się jako następne wcielenie Tomka-sztyleta. Na priwach był inteligentnym i wyjątkowo pokrewnym mi duchowo. Na ogóle wieczna gra, wieczna maska – prawie bez odkrywań się. Wciąż do niego gnałam, wciąż mi było mało jego słów prywatnych. I ten jego – jak to określić- lęk przed poznaniem, lęk przed moim wdarciem się duchowym w jego świat. Jakby zburzenie jego obronnej maski z ogółu było bólem, strachem, początkiem końca. Nigdy nie zdecydował się po tym moim wdzieraniu się w niego odkryć się na milimetr. Wieczne odpychania mnie i ostrzeżenia, że nie lubi bliskości, że ucieka, gdy tylko ktoś chce być bliżej niego. Odpuściłam – w końcu jego ogromny smutek, jego beznadzieja we wnętrzu były jednym wielkim bólem. Nie potrafiłam mu pomóc, zresztą nigdy by mi na to nie pozwolił. I czy istnieje ktoś kto to potrafi – pomimo jego murów obronnych, wielkiej fortecy zbudowanej z kolców i drutów, na którą naciągnięte są płaszczyzny udawanego chamstwa i pogardy do innych. Co jakiś czas próbowałam – udało się może jeszcze pogadać na priwie w miarę normalnie ze 3 razy. Jego wyczuwanie moich nastrojów – dokładnie wie kiedy jestem cała w wierszu, a kiedy piszę by pisać – bez zaangażowania swojej duszy. To mnie zawsze deprymuje, ale też w jakimś sensie pobudza, by pisać wiersz, który on zaakceptuje. Po takim wierszu jestem zawsze wypompowana duchowo, gdy piszę dla niego – do niego wiersz zawsze jest to jakiś pewnego rodzaju trans – a potem tylko dół psychiczny. Siedząc w jakiś sposób w jego duszy lub zerkanie w swoją ale mocno i bardzo głęboko – przez czas pisania wiersza jestem tak pobudzona duchowo, że gdy napiszę – siły witalne ulatują ze mnie jak powietrze z przekutego balonu. Po takim wysiłku - gdy piszę o nim – jestem niesamowicie smutna i nieszczęśliwa. Musi minąć trochę czasu, by wyrwać się z ramion bowki. Ale po 2-3 dniach już bym chciała tam być. Wczoraj też tak było – zmęczona i znów odtrącona – który raz - poczułam z nim taką jedność – że odsunął mnie w chwili gdy zaczęliśmy być…. jednością? Ja wiem, że ktoś kto to czytać będzie powie brednie, wymysły ewy_czasu wszystko jej wyobraźnia. Też tak sądziłam – kiedyś. Stany świadomości są tak niezbadane, że ech…
Czasami lepiej milczeć
Niż podawać złe słowa
Ale jeśli zechcesz
Dam Ci piękne słowa
Tylko myśl o mnie
Jak najczęściej
Minie wiele chwil
Tych bez Ciebie
Jaka będę ja
Jaki Ty
Czy mi słowa dasz
Niczym potok
Czy mi duszę swą
Dasz jak kwiat
Minie znów
Parę trudnych dni
Zechcesz weźmiesz je
Niczym swe
Ale proszę Cię
Nie oceniaj
Bo jak zwiędły kwiat
Będę znów
Poznałam go właściwie na samym początku przychodzenia na czat. Jawił mi się jako następne wcielenie Tomka-sztyleta. Na priwach był inteligentnym i wyjątkowo pokrewnym mi duchowo. Na ogóle wieczna gra, wieczna maska – prawie bez odkrywań się. Wciąż do niego gnałam, wciąż mi było mało jego słów prywatnych. I ten jego – jak to określić- lęk przed poznaniem, lęk przed moim wdarciem się duchowym w jego świat. Jakby zburzenie jego obronnej maski z ogółu było bólem, strachem, początkiem końca. Nigdy nie zdecydował się po tym moim wdzieraniu się w niego odkryć się na milimetr. Wieczne odpychania mnie i ostrzeżenia, że nie lubi bliskości, że ucieka, gdy tylko ktoś chce być bliżej niego. Odpuściłam – w końcu jego ogromny smutek, jego beznadzieja we wnętrzu były jednym wielkim bólem. Nie potrafiłam mu pomóc, zresztą nigdy by mi na to nie pozwolił. I czy istnieje ktoś kto to potrafi – pomimo jego murów obronnych, wielkiej fortecy zbudowanej z kolców i drutów, na którą naciągnięte są płaszczyzny udawanego chamstwa i pogardy do innych. Co jakiś czas próbowałam – udało się może jeszcze pogadać na priwie w miarę normalnie ze 3 razy. Jego wyczuwanie moich nastrojów – dokładnie wie kiedy jestem cała w wierszu, a kiedy piszę by pisać – bez zaangażowania swojej duszy. To mnie zawsze deprymuje, ale też w jakimś sensie pobudza, by pisać wiersz, który on zaakceptuje. Po takim wierszu jestem zawsze wypompowana duchowo, gdy piszę dla niego – do niego wiersz zawsze jest to jakiś pewnego rodzaju trans – a potem tylko dół psychiczny. Siedząc w jakiś sposób w jego duszy lub zerkanie w swoją ale mocno i bardzo głęboko – przez czas pisania wiersza jestem tak pobudzona duchowo, że gdy napiszę – siły witalne ulatują ze mnie jak powietrze z przekutego balonu. Po takim wysiłku - gdy piszę o nim – jestem niesamowicie smutna i nieszczęśliwa. Musi minąć trochę czasu, by wyrwać się z ramion bowki. Ale po 2-3 dniach już bym chciała tam być. Wczoraj też tak było – zmęczona i znów odtrącona – który raz - poczułam z nim taką jedność – że odsunął mnie w chwili gdy zaczęliśmy być…. jednością? Ja wiem, że ktoś kto to czytać będzie powie brednie, wymysły ewy_czasu wszystko jej wyobraźnia. Też tak sądziłam – kiedyś. Stany świadomości są tak niezbadane, że ech…
Synapsa
Rozum broni się
bezsensownie
wiem - wyłącz
w końcu rozsądek
to takie nierozsądne
w tym tkwić
miną lata
pożałowania godna
stanę się
dla siebie
przyszłej
wiem - wszystko wiem
tylko zadziała
synapsa
czekam
wciąż czekam
trwam
środa, 9 lutego 2011
Sen - 3 w nocy
W tym śnie stoję pośrodku zburzonej świątyni, nie ma ścian sufitu tylko dwie drogi do dwóch wejść. Jedno wejście jest daleko – kieruję wzrok na to wejście – zaczynam widzieć jak z jego czeluści wylatują dwa szare latające psy. Zaczynają lecieć do mnie, za mną jest drugie wejście – w głębi widzę zawalone przez osunięte bloki skalne resztek świątyni. Wiem, że za chwilę psy mnie dopadną. Stoję bez ruchu – nie mam gdzie uciec. Świątynia znajduje się na jakimś skrawku płaskowyżu – wokół tylko przepaście z każdej strony. Zastanawiam się skąd się dostałam w to miejsce, skoro nie ma drogi wyjścia. Fruwające psy są coraz bliżej - w moich myślach bezradność i bezsiła. Wiem , że za chwilę zostanę pogryziona i zginę w straszny bolesny sposób. Nagle znikąd pojawia się wysoka i b . chuda postać mężczyzny z bardzo długim kijem. Uderza w najbliższego psa – widzę go Na niebie widać jego sylwetkę – leci wysoko – robi się coraz mniejszy na kształt szarej maleńkiej kulki. Jednak za chwilę spada - dokładnie na mnie. Czuję lekkie ugryzienie, ale w tym samym czasie mój obrońca wyrzuca drugiego psa w niebo – niczym żongler szarą piłeczką i podbiega do pierwszego napastnika. Znów długi lot - i drugi pies powraca, znów lekkie ugryzienie i znów zmiana. Wiem, że nie będzie temu końca - psy i mój obrońca są niestrudzeni. Zastanawiam się tylko ile wytrzyma moje pogryzione już ciało - wiem, że pomimo dobrych intencji mego obrońcy, jego starań i ciągłej walki – umrę . Czuję powolne spływanie mojej krwi, pył z rozbitych bloków skalnych miesza się z kroplami mojej krwi. Coraz więcej czerwieni – coraz mniej widoczny staje się szary kolor świątynnego pyłu. Tracę powoli zmysły, ostre słońce świeci mi prosto w oczy, rozmywają się kształty resztek świątyni, zaczynam widzieć zamazane kontury wejścia, z którego jakiś czas temu wyleciały psy. Wiem, że za chwilę pył i ja staniemy się jednością – połączy nas taniec powolnego konania i cichej śmierci. Stanę się częścią tej umarłej przed wiekami świątyni – będę jak ona niema – trwająca w nicości i pustce. I jednego nie jestem pewna – czy chcę tego bardziej niż życia.
wtorek, 8 lutego 2011
lao che
I znów ranek
ile myśli i pragnień
znów od nowa
czarni kowboje
od noego
chłopaka w łódce
wychodzą do mnie
by zastukać
w moje jestestwo
bowce...
Zajrzyjmy
W swoje oczy
Duszami
Wszystko czego dotkniesz
Zamieni się w barwę słów
Tylko daj mi
Czas
Do samego dnia
Potem
Spłoszone ptaki
Ulecą
W słońce
By dać nam
Ciszę smutku
W swoje oczy
Duszami
Wszystko czego dotkniesz
Zamieni się w barwę słów
Tylko daj mi
Czas
Do samego dnia
Potem
Spłoszone ptaki
Ulecą
W słońce
By dać nam
Ciszę smutku
poniedziałek, 7 lutego 2011
Nastrój (znów do L.)
w nas
cisza trwa
już
nie ma nic
rąk
nie dam Ci
cóż
można chcieć
gdy
ogień zgasł
żar
tylko pył?
wiatr
dmuchnie i
tak
kończy się
nasz
lot do chmur
cisza trwa
już
nie ma nic
rąk
nie dam Ci
cóż
można chcieć
gdy
ogień zgasł
żar
tylko pył?
wiatr
dmuchnie i
tak
kończy się
nasz
lot do chmur
Dla L. - po długiej rozmowie
Wirowanie
w moich zmysłach
świat w tornado
się zamienił
nie sądziłam
daję słowo,
że tak bardzo
mnie wspominasz
nie jest łatwe
proszę uwierz
Twe wyznania
Twoje myśli
o mnie dawnej
o mnie innej
przecież tyle
tęsknot było
i rozpaczy
nie wiedziałam
nie dawałeś
znaków żadnych
że płonąłeś
ja domyślną
może jestem
ale chętną
czy ja wiem?
tak - uciszmy
proszę proszę
musi minąć
nie potrafię
Ci napisać
słów otuchy
słów nadziei
może ze mną
na ten stos
czy ja ranię
czy ja depczę?
nie wiem
powiedz
w niemy czas
w moich zmysłach
świat w tornado
się zamienił
nie sądziłam
daję słowo,
że tak bardzo
mnie wspominasz
nie jest łatwe
proszę uwierz
Twe wyznania
Twoje myśli
o mnie dawnej
o mnie innej
przecież tyle
tęsknot było
i rozpaczy
nie wiedziałam
nie dawałeś
znaków żadnych
że płonąłeś
ja domyślną
może jestem
ale chętną
czy ja wiem?
tak - uciszmy
proszę proszę
musi minąć
nie potrafię
Ci napisać
słów otuchy
słów nadziei
może ze mną
na ten stos
czy ja ranię
czy ja depczę?
nie wiem
powiedz
w niemy czas
niedziela, 6 lutego 2011
tylko rankiem taki nastrój
I znów tęsknota
serce oplata
ciernie i bluszcze
chcą duszę spętać
kogo to ręka
z odmętu ciągnie
jest tak ułudna
jak cienia cień
i czy przyjazna
bo zguba blisko
może i lepiej
dać porwać wodzie
zamiast na lądzie
z ludzkim potworem
bo w bagnie tylko
zginie me ciało
a na powierzchni
w piekle ma dusza
stanę się pustym
naczyniem które
woła o napój
o łyk - haust tylko
Ty obojętnie
odwracasz głowę
i myślisz
umrzyj
już nie chcę Cię
Z rymami - na zamówienie - dla asdf
Panie Jarku
może w parku?
na jarmarku?
w lunaparku?
Gdzie pan woli
daję tyle wolnej woli
więc na Woli?
nie patrz na mnie okiem wolim
potem będzie aż do woli...
Powiedz jedno - czy pozwolisz
na coś więcej niż amory.
Teraz chodzisz w aureoli,
że mnie bardzo bardzo bolisz
Zgoda - z Twojej silnej woli
znaleźliśmy się w tej roli
jako para wśród zastoin
zaplanujesz - jakież drogi,
bo deptanie nie jest drogim
dla mnie stanem - te ochłody
będą topnieć na kształt wody?
czy zamienią w grube lody?
Będzie więcej niż zawody
w przerzucanie słówek- zwody
Nie chcę tylko byś w chochoły
zmienił nas bez naszej woli
coś nam umknie i powoli
zapomnimy o pogoni
o ucieczkach i o dłoni
niech tli jeszcze się ten płomień
lepszy ogień niż ostrożeń ;)
sobota, 5 lutego 2011
Innemu Jarkowi (asdf)
Albo sobie dodam formy:
akty senne dają fant -
azję - słowa dreszczem fruną,
ale szusem dno formują
ach...skontrować
aż spasuje - dając fory
anty-słowom... dmą fanfary
arcy-super - debest fine...
Jarkowi-ojce wieki temu i Piotrowi (te schematy!)
Mam taka impresję:
siedzimy oparci,
częstujesz mnie winem,
jest białe- dolewasz
do mego kieliszka,
usypiasz mój umysł
powieściami o tym,
o owym i piciem.
Już jestem pół na pół
przy Tobie i we śnie.
Ty dalej historie
swe snujesz, a ja
pozwalam na wszystko,
bo przecież to sen.
Omamić chcesz zmysły,
pozwalam Ci na to,
chcesz wmówić, że to jest
mój sen i nic więcej.
Odstawiasz kieliszki,
rozbierasz powoli
i siebie i moje
to ciało bezwolne.
A potem całujesz,
lecz tylko Ty mnie,
bo przecież ja śpię
i to tylko sen.
Chcesz bym tak się czuła,
poddaję się woli
Twej, lecz wiesz, że krótko
mnie możesz mieć tylko -
przez moment dopóki
trwa chwila bezmyślna.
Wykorzystaj w pełni,
bo potem znów kły,
pazury i ostrza.
Oboje to wiemy,
że chęć dominacji
i w Tobie i we mnie
nie pozwoli w pełni
dogadać się nam
UBIK
"Ja jestem Ubik. Zanim świat był jam jest. Stworzyłem słońca. Stworzyłem światy. Stworzyłem istoty żywe i miejsca przez nie zamieszkiwane; umieszczam je to tu, to tam. Idą, gdzie im każę, robią, co im polecę. Jestem słowem i nigdy nie bywa wypowiedziane moje imię - imię, którego nikt nie zna. Nazywają mnie Ubik, ale nie to jest moje imię. Ja jestem. Ja będę zawsze." (Philip Kindred Dick - Ubik)
Ubików było trzech. Pierwszy, jakiego poznałam, miał na imię Tomek. Był forumowiczem na Książce. Uczynny, sympatyczny, nigdy nie napisał o nikim złego słowa. Był właściwie konformistą - nigdy nie poznałam jego wnętrza nie mówiąc o fizys. Chciałam w jakiś sposób do niego dotrzeć, napisać o nim wiersz albo dwa. Pisał z wdziękiem, z lekką ironią, przyjaźnie i niewychylająco ;) Dzięki Tomkowi zapoznałam się z abstrakcyjną, nieziemsko przyciągająca książka Dicka o ubiku właśnie. W czasie, gdy mój czas był na urlopie (rzadko czatował z domu - pamiętam jak kiedyś zalał kompa kawą pisząc ze mną i jego klnięcie: z powodu, że musi odejść i zająć się kompem, by działał przy jednoczesnym lekkim strachem, bo sprzęt firmowy), zaczęłam trochę pisać z Tomkiem-ubikiem. Potem poznałam Piotra- też ubika i pomyliłam się przy wysyłaniu wierszy ;) Gdy Arek powrócił z urlopu i pisałam mu o perturbacjach z ubikami - właściwie się wkurzył, bo napisałam Tomkowi mocno erotyczny wiersz - choć właściwie wiersz był o Czarku, bo net to net a z Czarkiem miałam rozgrywki realnie i to co tydzień. Piotr - zabawny, piszący lekko i zawsze z bajerem. Nasze długie rozmowy czasami po świt. Nigdy nie traktowałam go jakoś erotycznie ani nawet jako mężczyzny, był kimś w rodzaju powiernika, opowiadałam mu o swoich spostrzeżeniach na temat ludzi z netu, radził jak umiał i zawsze tłumaczył - oczywiście na swój sposób. Napisałam mu kilka wierszy - niektóre są mi bliskie i dziś.
Kiedyś, gdy Tomek-sztylet wysłał mi swoje opowiadanie, ja w przypływie reklamowania go - wysłałam Piotrowi owo opowiadanie oraz swoją recenzję- właściwie prozę poetyzującą. Piotr stanął na wysokości zadania i napisał w podobnym stylu ciąg dalszy recenzji. Byłam pod silnym wrażeniem jego słów.
Fragment opowiadania Tomka:
Moja poezjorecenzja :
Słowa Piotra:
Ubików było trzech. Pierwszy, jakiego poznałam, miał na imię Tomek. Był forumowiczem na Książce. Uczynny, sympatyczny, nigdy nie napisał o nikim złego słowa. Był właściwie konformistą - nigdy nie poznałam jego wnętrza nie mówiąc o fizys. Chciałam w jakiś sposób do niego dotrzeć, napisać o nim wiersz albo dwa. Pisał z wdziękiem, z lekką ironią, przyjaźnie i niewychylająco ;) Dzięki Tomkowi zapoznałam się z abstrakcyjną, nieziemsko przyciągająca książka Dicka o ubiku właśnie. W czasie, gdy mój czas był na urlopie (rzadko czatował z domu - pamiętam jak kiedyś zalał kompa kawą pisząc ze mną i jego klnięcie: z powodu, że musi odejść i zająć się kompem, by działał przy jednoczesnym lekkim strachem, bo sprzęt firmowy), zaczęłam trochę pisać z Tomkiem-ubikiem. Potem poznałam Piotra- też ubika i pomyliłam się przy wysyłaniu wierszy ;) Gdy Arek powrócił z urlopu i pisałam mu o perturbacjach z ubikami - właściwie się wkurzył, bo napisałam Tomkowi mocno erotyczny wiersz - choć właściwie wiersz był o Czarku, bo net to net a z Czarkiem miałam rozgrywki realnie i to co tydzień. Piotr - zabawny, piszący lekko i zawsze z bajerem. Nasze długie rozmowy czasami po świt. Nigdy nie traktowałam go jakoś erotycznie ani nawet jako mężczyzny, był kimś w rodzaju powiernika, opowiadałam mu o swoich spostrzeżeniach na temat ludzi z netu, radził jak umiał i zawsze tłumaczył - oczywiście na swój sposób. Napisałam mu kilka wierszy - niektóre są mi bliskie i dziś.
Kiedyś, gdy Tomek-sztylet wysłał mi swoje opowiadanie, ja w przypływie reklamowania go - wysłałam Piotrowi owo opowiadanie oraz swoją recenzję- właściwie prozę poetyzującą. Piotr stanął na wysokości zadania i napisał w podobnym stylu ciąg dalszy recenzji. Byłam pod silnym wrażeniem jego słów.
Fragment opowiadania Tomka:
Moja poezjorecenzja :
Słowa Piotra:
Mordiemu
Powiew wiatru na policzku,
droga prosta, pusta, jasna,
w górze niebo i to słońce,
co oślepia czasem, lecz
teraz wprawia w dobry nastrój,
no bo auto, Ty i luz .
To poczucie wyzwolenia
i wolności daje pęd,
żadnych zmarwień, gaz do dechy,
byle dalej od tych wspomnień,
jakichś ciemnych i ponurych,
przecież lato, słońce, splin,
po co myśleć o przeszłości...
już odeszła... Nie ma jej?
Krew na ciele, coś umarło -
- jakaś Twoja cząstka i
gdzieś tam siedzi, lecz cicho sza,
by nie budzić złego licha,
na co, po co... jednak trwa
ten chłód w sercu mimo lata,
ta ochota, by też odejść...
przecież tylko starczy chwila,
skręt, ten moment nieuwagi,
nikt się przecież nie domyśli,
że to było z własnej woli....
ot... przypadek, jakich wiele,
śmierć tak łątwa, żadnych wahań
tych, co zechcą zbadać głębiej,
szybkość, zasłabnięcie... tak?
Piotrowi
Wszystkie barwy nocy,
Wszystkie dźwięki dnia,
Wszystkie szepty ciszy,
Wszystkie krzyki zła,
Wszystkie lęki mroku
I spokoje w słońcu
I poranne piękno
I wieczorne cienie.
Czy to warto jednak
Zapalać się ciągle,
Budzić duszę, która
Jest uśpiona, bo
Nie lubi tych rozstań,
Woli i czekanie
Na to, co powinno,
A co jeszcze nie
Zdarzyło się (jednak
Były cudne chwile
Tak niewiarygodnie
Śliczne, że aż tkliwe)
Dał mi swoją dobroć,
Rozmarzył, ożywił,
Poczułam się jakby
Do nieba mnie wziął.
Co we mnie takiego
(aż sama się dziwię),
że chcą tej bliskości,
lecz przecież na pewno
są setki tych kobiet,
co mają i piękno,
i dobroć, i serce
na dłoni, a ja
raz jestem kokietką,
by zaraz się stać
i jędzą, wariatką,
idiotką i też
nudziarą, plotkarą,
potrafię też łgać,
podpuszczać, udawać,
zabijać słowami,
podniecać i studzić,
odpychać i ranić.
Nie lubię być szczera,
Bo jednak niemiło
Odpowiem jakiemuś
I on już odchodzi.
Nie płaczę, bo zawsze
Podaję te słowa:
„On nie wart był moich
i starań i śnień,
bo poszedł w dal siną”
i krótki mój żal.
Lecz każdy zostawia w mej duszy swe słowa
I każda rozmowa mnie uczy pokory,
Nie pragnę, nie dążę do tego, a jednak
Podnieca mnie czyjeś dążenie do władzy,
Do tej dominacji, bym była ta słabsza,
Bym dała się unieść emocjom i walce,
Bym się już przyznała, że ja pokonana.
Lecz mija noc jedna i znów nie panuje
Osoba nade mną i znów musi walczyć
O moje poddaństwo, o moją uległość.
Już Tomek (ten Kopa) miał dość takich gierek,
I ten oraz tamten stracili ochotę
Na starcie, na słowa i tylko mój ubik
Jest tym, z którym walki nie toczę, bo po co.
Jest walka, gdy płomień pożądania płonie,
Gdy nie ma i ognia to nie ma zawodów.
Więc tylko ta walka się toczy o płeć?
Możliwe to całkiem, że tak właśnie jest.
TYLKO TY
Kto potrafi tak jak ty
mnie rozbawić i zadziwić,
tak rozmarzyć, że już jestem
całkiem nowa, może inna,
tak do siebie niepodobna
i już nie wiem, czy to dobrze
tak się zmienić w kilka dni.
Może dobrze, bo w mym życiu
tyle było ciemnych chwil,
ale (czy to jest możliwe),
że dotarła do mnie dziś
ta świadomość, że do czasu
twego pojawienia się
nie zdawałam sobie sprawy,
że tak było szaro, źle,
taka pustka była we mnie
i w mej egzystencji, lecz
teraz dobrze, teraz miło,
aby dalej, aby trwała
ta przyjemność rozmawiania
mego z tobą. Wierzę o to,
że nie raz mi powiesz: "Piękne
to, co między nami jest
i nie skończy się za szybko,
będzie trwać i trwać, i trwać."
Arku, jesteś mi tak drogi,
choć jest między nami mur
odległości, niepokoju,
czy być bliżej, czy też nie.
Każde z nas ma swoje sprawy,
swoje życie i swój los,
ale można dla zabawy
ścieśnić to, co daje net.
Piękne dzięki za twe słowa,
za te kartki i życzenia,
nawet za te powiedziane
w złości zdania,
bo ja uczę się dawania
swego serca - i nie zawsze
umiem zgadnąć, co w nas siedzi,
jak zachować się, gdy ty
jesteś miły, tak radosny,
taki chętny na czułostki,
ja okoniem czasem staję,
bo nikt wcześniej tak nie robił,
bo nikt dotąd, uwierz mi,
tak mi bliski nie był nigdy.
Nie wiem, czy potrafię tak
być otwarta i lojalna,
tak oddana, więc mi przebacz,
gdy nie możesz się "dogrzebać"
w moich słowach sensu, ale
myślę, że potrafię
być dla ciebie, jaką mnie chcesz,
wszystko chcę ci ofiarować:
myśli, serce, umysł, słowa,
lecz na razie czat wystarczy -
- proszę daj mi czasu wiele,
abym mogła się doszukać
własnych uczuć i emocji.
Ty mnie czaruj i przekonuj
o tym, że jesteśmy sobie
przeznaczeni (nawet jeśli
będzie to nie zawsze prawdą).
Ja do ciebie się przekonam,
musi minąć trochę czasu,
bo kozice takie już są,
że zbyt długie oswajanie
im posłuży i dla dwojga
nas z korzyścią będzie i to
uwodzenie i czekanie,
i niepewność - wszystko ma
swój bieg, swoją kolej rzeczy.
Teraz żegnaj, bo już kończę
swe wywody. Całus daję
i tak myślę, ile dni
jeszcze musi minąć, byś
wrócił na czat i ocenił
moją grafomanię. Pa.
Napisałam w dniu 10.01.2002 - jeszcze 6 dni :(
NA DŁUGIE POŻEGNANIE
Taka jestem zadziwiona,
no bo Arek - wielka próba,
czy się uda, czy nie uda
to dogranie, to zjednanie
dwojga wnętrz i dwojga nas.
Łatwo zranić, trudniej zlepić,
to, co boli, jeszcze siedzi
we mnie ciągle i powoli
będzie mijać, ale czy
zaufanie można zyskać
po tym wszystkim, chyba nie.
Już myślałam wiele o tym,
by się nie dać ponieść kłótni,
ale cóż - to nierealne,
zawsze zdarzy się fatalnie,
że napiszę słowa przykre,
potem odzew- no i wszystkie
złe emocje, złe nastroje,
co w nas siedzą, wnet wyłażą,
bo za dużo już ich w nas,
we mnie, w tobie. Ach, ten czat!
Jeśli chcesz, niech i tak będzie.
Widać musi już tak być,
że ranimy się w tym pędzie
swych gwałtownych, silnych zbyt
i niestety zagadkowych
żądz i pragnień, no go jak
poznać swe uczucia tak,
by odgadnąć, o co biega
w moim świecie Ewelandii,
gdzie jest dużo słońca w śniegach,
ale także jest i ciemność,
jest i smutek, i powaga,
jest cierpienie,bo to wszystko tak zlepione,
bo to jest kłąb wielkich wzruszeń,
wielkich trwóg i jeszcze sporo
różnych uczuć, ale po co
tak się miotać, tak się wahać,
przecież można się postarać,
by ktoś miły i dość chętny
i do tego też majętny
mnie przytulił, bo on czeka,
a ja ciągle zwodzę i go drażnię,
po co, na co, przecież pragnę
jego rąk i jego burzy,
która dobrze nam posłuży
do tej walki (tak on pisał)
pełnej żaru i rozkoszy,
a ja jemu: your hands on my body
oraz: tęsknię, myślę wciąż.
Taka jestem rozdwojona,
no bo ciągle słowa, słowa,
a gdzie czyny - jak zachęcić,
aby się on nie zniechęcił,
nie za ostro, nie za szybko,
bo doznałam już przykrości,
gdy za prędko chciałam. Złości
pełno było, potem starań,
by pan Czarek się przebłagał.
"Więc ostrożnie, pomaleńku.
Ty myśl o mnie, mój skarbeńku,
co dzień, co noc - bo przyjemne
te obrazy twe codzienne,
często mi przeszkadzasz w pracy,
ale Pani ci wybaczy,
bo tak szybko się podnieca,
a ty ogień w niej wciąż wzniecasz
i spokoju jej nie dajesz,
ale ona lubi, daje
przyzwolenie na kochanie,
na całusy, rozbieranie,
na ten pożar, na to zwarcie
naszych ciał, bo ja otwarcie
mówię: pragnę tej pieszczoty,
tej bliskości i ochoty
na zbliżenie, wykonanie
tych pozycji - zgoda na nie,
choć ich wcześniej nie robiłam,
myślę, że się już odbiłam
od wahania i rozterek.
Bo czy warto - pomyśl sam,
no, czy warto wzbraniać siebie
komuś, kto pożąda mnie
i tęsknotę we mnie wzbudza,
tak rozpala, że się budzę
i rozmyślam o alkowie,
ścianie, łożu i podłodze.
Prysznic, stół - gdzie jeszcze można -
paniwładca szepcze: "Chodź na
fotel, bo tam lubię cię najbardziej,
całe ciało wnet przygarnę:
usta, piersi bardzo blisko,
a ja w tobie, a ty na mnie
i te ruchy - już ogarnie
nas to piekło i twe drżenie
ja wyczuwam. Przyjdź, aniele,
obiecuję tobie wiele:
to spełnienie, te rozkosze,
przyjdź tu do mnie, bardzo proszę,
bo jesteśmy już złączeni
umysłami, więc nie czekaj,
daj mi siebie, bo ja (wiesz to)
jestem panem władcą twym,
na nic opór, na nic czaty
nie pomogą, bo na raty
siebie oddasz po kawałku.
Dusza, serce i to ciałko -
- wszystko moje, ty już dawno
o tym jesteś pewna, więc
po co zwlekać, po co czekać?
Daj, co moje i zobaczysz,
czy na długo mnie zabawisz,
bo jak znudzę się, to bywaj,
żegnam czule, ale spływaj.
Ale skończy się udręka:
na twym ciele moja ręka,
w twojej głowie moje myśli,
więc, jeżeli sobie myślisz,
że to koniec, odważ się
przyjść tu do mnie i dać mi
swoje słowa: Pragnę cię."
Mój Areczku jak ten dialog
ci się widzi
trochę lepszy
trochę inny,
ale chyba bardziej płynny,
ale chyba w nim płomienie
naszych uczuć
naszych przeczuć.
Mi pasuje - te podniety
to coś dla mnie,
lubię je
i na żywo, i we śnie.
Znów bazgroły, no cóż, nie wiem,
kiedy wyślę, bo nie będę
wiedzieć jak ci się spodobał,
tak za krótka jest ta doba.
piątek, 4 lutego 2011
Zaborcza?
EMOCJE W ZIMIE
Zasypało i zawiało,
ale aura, myśleć strach.
Taka zima się zdarzyła,
nie marzyłam o tym, lecz
nadszedł on i dał mi siebie.
Taka jazda, taki śnieg
twoich słów, zapewnień, cmoków
i... przystanków (boisz się?)
Cała jestem już w tym śniegu,
już nie czuję swego ja,
a my ciągle, wiecznie w biegu,
aby zdążyć na ten czat (s).
"Już dziewiąta, ach kochanie
miałaś być i nie ma cię,
dłuży mi się to czekanie -
- wyślę majla, spytam się,
czemu nie ma cię na Książce,
czy ty ze mną droczysz się
(jak ja z tobą), dwa miesiące
tak wytrzymam, potem nul.
Przecież jest tak wiele kobiet,
a ja tylko bawię się,
z tą zagadam, tej coś powiem,
aby dalej, zrozum mnie.
Młodość zna swe prawa, uwierz,
trzeba życie haustem brać,
delektować emocjami
tej czy tamtej, tak to jest."
"Tak, rozrywka to jest przednia,
przyznam Arku rację ci,
taż tak lubię zwłaszcza za dnia,
choć i w nocy zdarza się,
że pogrywam sobie nieźle,
taki relaks, taki speed
i wychodzi mi, że hej,
tylko nie wiem, czy fair play".
Dwie istoty rozdzielone,
tak podobne, że się boję
swoich uczuć, twoich pragnień,
zdarzy się, że nam zabraknie
tej szczerości, tego czegoś,
co jednoczy bliskich ludzi
i serc kołatanie budzi.
Tak jesteśmy zatrwożeni
tym, co łączy nas przez net,
że lękamy otworzenia
swego wnętrza, no bo wnet
może się okazać, że to,
co nas skuło, co w nas trwa,
jest iluzją i ułudą
i zakończa się ta gra.
"Nie mów do mnie więc za wiele
słów poważnych, bo w mym ciele
kłębią się tak dziwne myśli,
że jeżeli mi się przyśnisz
i odkryjesz moją duszę,
to ja ciebie- wyznać muszę-
pozostawię, Ewciu, wiesz?
Do mnie nikt się zbliżyć nie śmie,
bo ja sobie tak nie życzę,
me sekrety, nawet we śnie,
są ukryte i schowane tak głęboko,
że ja sam nie oglądam ich za często.
Ty byś chciała?
Nie dam się.
Zjawie się to nie udało,
więc i tobie się nie uda,
tego pewna możesz być.
Ja dostępu swego nie dam
tej lub tamtej do swych sal
mojej jaźni, więc mi bywaj,
jeśli chciałabyś tam wejść".
"Drogi Arku, wiem coś o tym,
już sparzyłam nieźle się,
jest ktoś taki w domu moim,
kto nie daje się otworzyć
(męczę się z tym tyle lat).
Paniwładca też nie lepszy-
- widać to pisane mi,
że mężczyźni mego życia
są skrytymi, chociaż żal,
bo ja ciągle się otwieram,
oczekuję, proszę, błagam,
ale oni są z kamienia.
Tak, to smutne, ale cóż?
Zawsze się podkładam w słowach
i już myślą, że to czas
na zdławienie mojej woli,
ale mylą się i złoszczą
chwilę potem, bo ja znów
jestem sobą, siebie godną,
tak złośliwą i pogodną,
że znów muszą starać się
mnie okiełznać. Oto sztuka -
- przeciwnika znowu szukam.
Nie znalazłam, choć Areczek
ostatniego słowa przecież
nie powiedział, a jak wiersz
mój dostanie, to się zdziwi,
zastanowi i po chwili
swój szatański zmyśli plan.
Jaki będzie, już się cieszę,
na rozmowę moją z nim,
na tę walkę (tylko po co?)
nad tym zastanawiam się.
Myślę, czemu ci faceci
chcą mnie wepchnąć pod swój but.
Może Arek mi podpowie,
wciąż się łudzę, że się dowiem,
czemu ja tak na nich działam,
dziwna, dziwna jest to sprawa
Ale może nie jest źle?
Arku, lubię cię ogromnie,
nie pomyślisz, że to mnie
trzeba ganić i strofować,
ale raczej pocałować,
choć na czacie (no bo gdzie?)
Przemyśl wiersz ten cztery razy,
pierwsza myśl nie przyda się,
i opowiedz o wrażeniach,
o rojeniach, o pragnieniach,
o czym tylko dusza chce.
Pa, pa, znów się rozpisałam:
tyle myśli, tyle słów,
ale chyba się nie gniewasz,
jesteś wciąż potrzebny mi
do rozmowy, do kochania,
do czułości itp.
i dlatego wciąż mnie zwodzisz,
czekasz, dręczysz, bajerujesz,
ale zgoda, cieszę się,
na te zwody, na te śmiechy
i przekręty, i na czas.
Więc, Areczku, powodzenia
w odkrywaniu mego ego,
mego id i jeszcze czego?
Freud się kłania, czemu nie
(superego, ależ tak!)
Ja się żegnam, czule pieszczę
i do uszka tak ci szepcę:
będziesz trochę zadziwiony
i wkurzony troszkę, lecz
ten ci wierszyk ofiaruję,
dedykację może też.
Areczkowi, na Nowy Rok, w oczekiwaniu na prezent urodzinowy
Skończyłam o godz. 19.30 drugiego stycznia 2002
(ale kiedy zaczęłam?)
(szkoda, że 4-ty za 2 dni -chliiip)
Wyprawa Jurka
Ten mejl Jurka jest tak piękny, że nie potrafię się powstrzymać by go tu nie dać - sorki
Tak jak obiecalem, postaram sie napisac ladnego maila dla ciebie.
Heuberg i Kitzstein to najblizsze szczyty gorujace nad Nussdofem. Przez lornetke widac ustawiony krzyz na Kitzstein, postanowilem tam sie wdrapac. Wyruszylem tam z samego rana, podejrzewalem dluga trase. I wlasnie byla dluga i trudna. Myslalem, ze za cieplo sie ubralem, zmienilem zdanie gdy juz dotarlem do granicy sniegu. Tym razem zabralem ze soba aparat fotograficzny, niestety bylem sam na szlaku i nie bedzie mnie na zdjeciach. Ale czy zdjecia oddadza caly nastroj, jaki mi towarzyszyl? Moze jedynie bedzie mala pamiatka. Trasa byla bardzo piekna, widoki pyszne. Bardzo przeszkadzalo mi nieodpowiednie obuwie i brak kondycji ( podejscia bardzo strome ). Nie wzialem tez nic do picia, na szczescie napotykalem ciagle gorskie strumyki, w ktorych gasilem pragnienie. Po kilku godzinach wedrowki przez las wyszedlem na hale. A tam wspaniala niespodzianka, kozice alpejskie. Znalazlem kawalek miejsca bez sniegu, polozylem sie i podgladalem je przez lornetke ( a tak przedtem klelem na jej ciezar ;-)). To naprawde bylo cos wspanialego obserwowac te dzikie stworzenia, niestety po polgodzinie oddalily sie za zalom skalny. Ruszylem dalej. Wejscie na Heuberg nie bylo trudne, chwile podumalem i ruszylem dalej na Kitzstein. Po podejsciu pod sam szczyt troche sie zalamalem, zbyt stromo zebym mogl wejsc bez specjalnego sprzetu. Po chwili jednak dostrzeglem stalowe liny i klamry ulatwiajace wejscie na sam szczyt. Po godzinie bylem na szczycie. Z poczatku nic nie widzialem z powodu chmur ( bylem posrod nich, to wspaniale uczucie byc w chmurach, tego sie nie zapomina ). Po kilkunastu minutach wiatr rozwial chmury i moglem sie cieszyc wspanialymi widokami. No i ta satysfakcja ze zdobytego szczytu ;-). Niestety zrobilo sie tak zimno, ze musialem sie decydowac na odwrot, a chcialem tam posiedziec przy tym krzyzu dluzej. Schodzilo mi sie bardzo ciezko ( nieodpowiednie obuwie ), wywalilem sie kilka razy, najadlem sie przez to troche strachu. W powrotnej drodze odpoczywalem przy pewnej opuszczonej chalupie. Jak szedlem pod gore to nie przygladalem jej sie za bardzo. Bardzo ladny stary domek w gorach, tylko komu tu sie chcialo mieszkac, tak wysoko, bez pradu i cywilizacji. Kilkanascie metrow obok dostrzeglem krzyz. Czyzby grob? Przeciez w skale nikt nie wykopie grobu. Podszedlem blizej, wygladalo na grob, stare zdjecia, imiona nazwiska, zadnych dat. Na zdjeciach chyba malzenstwo, starsi ludzie. Czy tu mieszkali? Tak wysoko i daleko od ludzi? Jak zyli? Czy sie kochali? Czy byli szczesliwi ze soba? Nie dowiem sie tego nigdy. Myslalem o nich cala powrotna droge.
Juz na samym dole zlapal mnie deszcz, lalo okropnie. Przez te moje buty wywalilem sie znowu kilka razy, wracalem przemoczony i upaprany w blocie, ale bardzo zadowolony. Mialem wspaniala wycieczke.
Pozdrawiam bardzo serdecznie
Tak jak obiecalem, postaram sie napisac ladnego maila dla ciebie.
Heuberg i Kitzstein to najblizsze szczyty gorujace nad Nussdofem. Przez lornetke widac ustawiony krzyz na Kitzstein, postanowilem tam sie wdrapac. Wyruszylem tam z samego rana, podejrzewalem dluga trase. I wlasnie byla dluga i trudna. Myslalem, ze za cieplo sie ubralem, zmienilem zdanie gdy juz dotarlem do granicy sniegu. Tym razem zabralem ze soba aparat fotograficzny, niestety bylem sam na szlaku i nie bedzie mnie na zdjeciach. Ale czy zdjecia oddadza caly nastroj, jaki mi towarzyszyl? Moze jedynie bedzie mala pamiatka. Trasa byla bardzo piekna, widoki pyszne. Bardzo przeszkadzalo mi nieodpowiednie obuwie i brak kondycji ( podejscia bardzo strome ). Nie wzialem tez nic do picia, na szczescie napotykalem ciagle gorskie strumyki, w ktorych gasilem pragnienie. Po kilku godzinach wedrowki przez las wyszedlem na hale. A tam wspaniala niespodzianka, kozice alpejskie. Znalazlem kawalek miejsca bez sniegu, polozylem sie i podgladalem je przez lornetke ( a tak przedtem klelem na jej ciezar ;-)). To naprawde bylo cos wspanialego obserwowac te dzikie stworzenia, niestety po polgodzinie oddalily sie za zalom skalny. Ruszylem dalej. Wejscie na Heuberg nie bylo trudne, chwile podumalem i ruszylem dalej na Kitzstein. Po podejsciu pod sam szczyt troche sie zalamalem, zbyt stromo zebym mogl wejsc bez specjalnego sprzetu. Po chwili jednak dostrzeglem stalowe liny i klamry ulatwiajace wejscie na sam szczyt. Po godzinie bylem na szczycie. Z poczatku nic nie widzialem z powodu chmur ( bylem posrod nich, to wspaniale uczucie byc w chmurach, tego sie nie zapomina ). Po kilkunastu minutach wiatr rozwial chmury i moglem sie cieszyc wspanialymi widokami. No i ta satysfakcja ze zdobytego szczytu ;-). Niestety zrobilo sie tak zimno, ze musialem sie decydowac na odwrot, a chcialem tam posiedziec przy tym krzyzu dluzej. Schodzilo mi sie bardzo ciezko ( nieodpowiednie obuwie ), wywalilem sie kilka razy, najadlem sie przez to troche strachu. W powrotnej drodze odpoczywalem przy pewnej opuszczonej chalupie. Jak szedlem pod gore to nie przygladalem jej sie za bardzo. Bardzo ladny stary domek w gorach, tylko komu tu sie chcialo mieszkac, tak wysoko, bez pradu i cywilizacji. Kilkanascie metrow obok dostrzeglem krzyz. Czyzby grob? Przeciez w skale nikt nie wykopie grobu. Podszedlem blizej, wygladalo na grob, stare zdjecia, imiona nazwiska, zadnych dat. Na zdjeciach chyba malzenstwo, starsi ludzie. Czy tu mieszkali? Tak wysoko i daleko od ludzi? Jak zyli? Czy sie kochali? Czy byli szczesliwi ze soba? Nie dowiem sie tego nigdy. Myslalem o nich cala powrotna droge.
Juz na samym dole zlapal mnie deszcz, lalo okropnie. Przez te moje buty wywalilem sie znowu kilka razy, wracalem przemoczony i upaprany w blocie, ale bardzo zadowolony. Mialem wspaniala wycieczke.
Pozdrawiam bardzo serdecznie
człekowstręt - Grześ
Grzesia uwielbiałam. Godzinami pisaliśmy - właściwie o niczym. Był - tak go sobie wyobrażałam wtedy - wyposzczonym seksualnie prawnikiem bluzgającym na ogóle adekwatnie zresztą do swego nicku. Co jakiś czas łapali się za łby ze sztyletem - często właziłam między nich i albo podjudzałam albo godziłam - w zależności od nastroju wieczora :) Miał jakąś fobię na temat swojego wyglądu, nigdy nikomu nie przysłał swojej fotki, poza tym nienawidził plotek. Gdy kiedyś do sampera (romantyka z urody zresztą) napisałam na ogóle, że piękny itp itd - Grzesiek oburzony wyzwał mnie od kolekcjonerek fotek. Nie lubił we mnie tej plotkarskiej mojej natury - gdy cokolwiek na ogóle o kimś prywatnie pisałam - złościł się i klął w żywe oczy. Podpuszczał mnie niemiłosiernie. Pamiętam sytuację, gdy Sylwia-zjawka rozstała się z realnym facetem, namawiałam Grzesia na zainteresowanie się nią. Byli wiekowo i intelektualnie b. podobni - ubzdurałam sobie, że zostanę swatką. Opisałam Grzesiowi wygląd zjaf - on w te pędy poleciał do niej na priv - ona do mnie z pretensją, że nie mam prawa opowiadać o jej fizycznym wyglądzie - a Grzesiek śmiał się w kułak, że mi nosa utarł. Po latach znalazłam go na nk - być może miał racje, bo wygląd jego był...nieważne.
Jarek
Jarek był samcem alfa na forum dyskusyjnym Ksiąźki. Do bywania na forum namówił mnie Jacek-Alegorn. Ci co tam pisywali - znali się realnie i netowo ileś lat wcześniej. Tworzyli swego rodzaju kastę - zamknięty krąg, w którym ja byłam chyba pierwszą od dłuższego czasu. Wynudzili mnie skutecznie. Najfajniejszy z nich był Sławek-haak i Jacek, ale z nim pisywałam jeszcze przed czasem forumowym. Jarek specyficzna osobowość, wciąż zarzucałam mu swoistą hipokryzję - kłóciliśmy się i godziliśmy setki razy. Rozmowy o Eco, plastyczności obwolut książek, muzyce poważnej (to tylko on - bo jego córka była muzykiem). Ostatni nasz priv był w zasadzie wirtseksem mającym w sobie ogromny ładunek jego sadyzmu. Do dziś się zastanawiam czy otworzył się, bo miał wtedy problemy z mamą - czy ja do tego pośrednio doprowadziłam chcąc obnażyć jego świętoszkowatość.
Wid-mak
Widmak Ślinojad
Dziad rzecze:
"A to Wam powiem, że to wredolstwo jest tak stare jako i nasz padół bez mała... Nie wim ja, jakie bogi pozwalają takiemu żyć. Nie chodźta zatem na bagniska, bo was pogryzie na śmierć, abo potruje śliną wściekłą ta gadzina straszna. A nawet nie obaczysz co i kiedy cie użarło, bo widmak to prawdziwny, hadko go obaczyć, a dziwne to, bo wielkie bydle i nad wyraz niezdarne... Powim wam w sekrecie, że wiele yen temu nazad, to wielcy panowie urządzali naganki na te szkarady... Ha, bo pono wspaniałe i mocne pancerze robić można ze skór tych gadzisków. No i dobrze, że tak robili bo wytłukli ich mnóstwo na pożytek nasz i całego stworzenia namiserowego, ha..."
http://www.isei.pl/index.php/Widmak_Ślinojad
Marek wchodził odkąd pamiętam. Gadało mi się z nim idealnie, często do mnie dzwonił, przysłał książkę mojemu synowi - z dedykacją. Był rok starszy od mojego syna, ale mimo to, gdy zadzwonił kiedyś gdy stałam naga przed wejściem do wanny - poczułam się...hmmm.... dziwacznie
Spotykał się wtedy z wieloma dziewczętami, m. in. z pewną Alą - dla zabawy napisałam w jego imieniu wiersz dla niej - na przeprosiny. Pomógł chwilowo - potem i tak nastąpiło rozstanie.
Czy ja potrafie prosic cie o
przebaczenie? Bo nie wiem jak.
Nigdy na nikim nie zalezalo
tak mi jak teraz na Tobie, wiec
prosze o jeszcze tę jedna szanse.
Wiem, ze ja jednak nie zasluguje
na kogos kto ma tak wiele zalet,
ja jestem próżny i grzeszny tak
i az sie boje, czy mi zaufasz
ten jeszcze jeden ostatni raz.
Pragne sie zmienic - wiesz sama, że
zmienilem ciuchy i zachowanie
staram sie zmienic , lecz to tak trudne.
Wciaz mysle czemu jestem tak durny,
wystawiam milosc na wielka próbe,
ale ja nie chce bys odchodzila,
Prosze - zaufaj mi - bede wtedy
taki szczesliwy i juz na żadna
nie spojrze. Prosze - dam Tobie
pierscionek oraz lzy, gdy nie patrzysz
causów tyle, ze bedziesz w raju,
tylkomi przebacz moje kochanie.
Tylko mi podaj reke. Tak pragne
Twojego serca i zaufania
jeszcze ten jeden ostatni raz.
Dziad rzecze:
"A to Wam powiem, że to wredolstwo jest tak stare jako i nasz padół bez mała... Nie wim ja, jakie bogi pozwalają takiemu żyć. Nie chodźta zatem na bagniska, bo was pogryzie na śmierć, abo potruje śliną wściekłą ta gadzina straszna. A nawet nie obaczysz co i kiedy cie użarło, bo widmak to prawdziwny, hadko go obaczyć, a dziwne to, bo wielkie bydle i nad wyraz niezdarne... Powim wam w sekrecie, że wiele yen temu nazad, to wielcy panowie urządzali naganki na te szkarady... Ha, bo pono wspaniałe i mocne pancerze robić można ze skór tych gadzisków. No i dobrze, że tak robili bo wytłukli ich mnóstwo na pożytek nasz i całego stworzenia namiserowego, ha..."
http://www.isei.pl/index.php/Widmak_Ślinojad
Marek wchodził odkąd pamiętam. Gadało mi się z nim idealnie, często do mnie dzwonił, przysłał książkę mojemu synowi - z dedykacją. Był rok starszy od mojego syna, ale mimo to, gdy zadzwonił kiedyś gdy stałam naga przed wejściem do wanny - poczułam się...hmmm.... dziwacznie
Spotykał się wtedy z wieloma dziewczętami, m. in. z pewną Alą - dla zabawy napisałam w jego imieniu wiersz dla niej - na przeprosiny. Pomógł chwilowo - potem i tak nastąpiło rozstanie.
Czy ja potrafie prosic cie o
przebaczenie? Bo nie wiem jak.
Nigdy na nikim nie zalezalo
tak mi jak teraz na Tobie, wiec
prosze o jeszcze tę jedna szanse.
Wiem, ze ja jednak nie zasluguje
na kogos kto ma tak wiele zalet,
ja jestem próżny i grzeszny tak
i az sie boje, czy mi zaufasz
ten jeszcze jeden ostatni raz.
Pragne sie zmienic - wiesz sama, że
zmienilem ciuchy i zachowanie
staram sie zmienic , lecz to tak trudne.
Wciaz mysle czemu jestem tak durny,
wystawiam milosc na wielka próbe,
ale ja nie chce bys odchodzila,
Prosze - zaufaj mi - bede wtedy
taki szczesliwy i juz na żadna
nie spojrze. Prosze - dam Tobie
pierscionek oraz lzy, gdy nie patrzysz
causów tyle, ze bedziesz w raju,
tylkomi przebacz moje kochanie.
Tylko mi podaj reke. Tak pragne
Twojego serca i zaufania
jeszcze ten jeden ostatni raz.
Val
Marcin vel Valentino - obecnie autor dwóch powieści, realny przyjaciel Tomka, który napisał teksty piosenek do pierwszej z książek Marcina. Przychodził dość często, ale na krótkie chwile. Miał problemy rodzinne, trudno było do niego dotrzeć. Ograniczał się do rozmów na ogóle - na privach okazał się dość nudnym rozmówcą. Z sentymentu kupiłam jego pierwszą książkę, okazała się jak dla mnie wielkim nudnym gniotem. Oprócz czaderskich piosenek Tomka nie było tam dla mnie niczego ciekawego - ot historia kilku prawników zdychających z nudów w pracy.
KOLIBER
Jurek
ubik-koliber
Poznałam go przypadkiem. Należałam do grupy dyskusyjnej Książka - często wymieniałam mejle z pewnym Tomkiem-ubikiem. Bez sensu zaczęłam szukać na gadu-gadu nicków ubików. Odezwałam się do jednego i to był Jurek. Zaczęliśmy pisać i....od razu mnie wkręcał. Podawał się za 18-latka, którego interesuje wyłącznie seks. Rozmowy stawały się coraz bardziej dziwaczne, bo wypytywał o sprawy, którymi teoretycznie nie powinien interesować się chłopak w tym wieku. Po miesiącu może dwóch - okazało się, że był ode mnie starszy o 2 lata. Zaczął się etap wiecznych rozmów telefonicznych. Co dzień do mnie dzwonił - i co dzień gadaliśmy ile tylko się dało. Mogliśmy właściwie o wszystkim, bo jednak ten sam mniej więcej wiek w jakimś sensie pozwala na zrozumienia świata, który istniał w naszej młodości i i świata obecnego. Była jedna rzecz, która nas nigdy nie połączyła - muzyka. On wolał klimaty Sade (wysłał mi płytkę, bym słuchała jej i o nim myślała w czasie słuchania)., ja wolałam ostry głośny rock. On twierdził, że potrzebuje wyciszenia - ja odwrotnie - tylko pobudzenia. Z czasem coraz więcej miejsca zaczął poświęcać na przekonywaniu mnie jakim idealnym będzie kochankiem dla mnie. Nie czułam do niego nic - jako mężczyzny, a i wizualnie niezbyt mi się podobał. Nalegał na spotkanie - już zaraz, ja niezbyt chętna i nie nastawiona na żaden przypadkowy przecież seks wciąż się wahałam. Miał wyjechać do Niemiec na dłuższy czas - liczył wciąż, że spotkamy się jeszcze przed jego wyjazdem. Nie byłam gotowa. Wyjechał - pisał mejle - opowieści z wypraw - niesamowicie plastyczne i takie romantyczne. Po jakimś czasie zaczął z handy (jak określał komórkę) logować się na gg. Znów pisanie o spotkaniu... pewnego dnia opisywał mi sen o mnie - wołałam go w nim i mówiłam, że to koniec. Już wtedy spotykał się z pewną Kasia z Krakowa - treserką psów. Z czasem opisywał mi seks z nią (na pierwszej randce), swoje zakochanie, postanowienie, że będzie z nią - odejdzie od rodziny.... Byłam zdumiona - traktowałam go jak przyjaciela, któremu mogłam powiedzieć wszystko, a tu proszę - poznał kogoś i nic mi nie powiedział. Napisałam co o tym myślę.... zmienił się nie do poznania - wyzywał od najgorszych. Zerwaliśmy kontakt w gniewie - jeśli tak można to ująć.
czwartek, 3 lutego 2011
TOMEK
http://plfoto.com/133221/autor.html
http://www.youtube.com/user/franeksztajn
http://horror.com.pl/wywiady/wywiad.php?id=3
oraz wiele wiele razy ;)
Tomek - sztylet. To pierwszy nick pod jakim go poznałam. Niepewny siebie ideał. Wciąż budowałam jego ego - które w przeciwieństwie do A. i C. - leżało na dnie. Jego etiudy filmowe, jego scenopisy do filmów, jego opowiadania - wszystko był tak niesamowite, że z każdym jego słowem jakie do mnie docierało dokładałam mu cegiełkę na jego pomniku, które zaczęłam budować w sobie. Nasze relacje na czacie były pioruńsko złe- dla innych. Wyzywaliśmy sie tak, że gdy moja Gosia pewnego dnia czytając nas określiła to krótko: wy się chyba nienawidzicie. A to były nasze trącania, przepychanki, walka na słowa, żarty- czasami niewybredne.
Pisałam mu mnóstwo wierszy - mówił - są jak młyn - ten sam rytm jaki daje odgłos skrzydeł. Zaczęłam robić mu promocję - jego utworów, jego osobowości, jego wewnętrznego piękna pokrytego smutkiem. Opieprzał mnie. zmuszał do obiecywania, że nigdy nikomu nie pokażę jego utworów. Tylko pod takim warunkiem - dostawałam następny. Jego opowiadanie o ludziach mieszkających w supermarkiecie było tak zabawne, że po każdym zdaniu wybuchałam śmiechem. Trwaliśmy tak - może ze 2 lata. I znów Warszawa - 3-dniowy wielki konkurs filmów-horrorów. Tomek był tam właściwie wszystkim - organizatorem, tłumaczem. Poznanie realne - w końcu - podał mi rękę - ja pocałowałam w nieogolony policzek - on się stremował, nadstawił drugi - ja nic - a w środku radość - podniecenie - nawet nie seksualne - on mnie w rękę - zdawkowe słowa - bo ludzi wokół tłum. Na przerwach palenie razem - i nasze spoglądania na siebie - moje ze śmiechem jego z półuśmieszkiem. Obok mój syn z siostrzeńcem... nie było szans na coś więcej ---- zresztą on jako czuwający nad wszystkim miał setki spraw. I moje ręce bezwiednie głaszczące go gdy tylko na siebie wpadaliśmy. Nigdy wobec nikogo nie miałam takiej żądzy dotyku. I jego milczenie - właśnie milczenie - moje gadanie i jego obserwacja. Wiem - był rozkojarzony - ta impreza - zresztą na nic nie liczyłam w końcu byłam gościem wśród tysiąca innych. Zresztą znałam jego życie przecież - nasze wieloletnie rozmowy powiedziały mi wiele o jego psychicznych problemach (dwubiegunowość?), jego kłopotach z rodziną. Mogłam to ciągnąć....wciąż po spotkaniu gadaliśmy. Ale przyszedł czas Jurka.
http://www.youtube.com/user/franeksztajn
http://horror.com.pl/wywiady/wywiad.php?id=3
oraz wiele wiele razy ;)
Tomek - sztylet. To pierwszy nick pod jakim go poznałam. Niepewny siebie ideał. Wciąż budowałam jego ego - które w przeciwieństwie do A. i C. - leżało na dnie. Jego etiudy filmowe, jego scenopisy do filmów, jego opowiadania - wszystko był tak niesamowite, że z każdym jego słowem jakie do mnie docierało dokładałam mu cegiełkę na jego pomniku, które zaczęłam budować w sobie. Nasze relacje na czacie były pioruńsko złe- dla innych. Wyzywaliśmy sie tak, że gdy moja Gosia pewnego dnia czytając nas określiła to krótko: wy się chyba nienawidzicie. A to były nasze trącania, przepychanki, walka na słowa, żarty- czasami niewybredne.
Pisałam mu mnóstwo wierszy - mówił - są jak młyn - ten sam rytm jaki daje odgłos skrzydeł. Zaczęłam robić mu promocję - jego utworów, jego osobowości, jego wewnętrznego piękna pokrytego smutkiem. Opieprzał mnie. zmuszał do obiecywania, że nigdy nikomu nie pokażę jego utworów. Tylko pod takim warunkiem - dostawałam następny. Jego opowiadanie o ludziach mieszkających w supermarkiecie było tak zabawne, że po każdym zdaniu wybuchałam śmiechem. Trwaliśmy tak - może ze 2 lata. I znów Warszawa - 3-dniowy wielki konkurs filmów-horrorów. Tomek był tam właściwie wszystkim - organizatorem, tłumaczem. Poznanie realne - w końcu - podał mi rękę - ja pocałowałam w nieogolony policzek - on się stremował, nadstawił drugi - ja nic - a w środku radość - podniecenie - nawet nie seksualne - on mnie w rękę - zdawkowe słowa - bo ludzi wokół tłum. Na przerwach palenie razem - i nasze spoglądania na siebie - moje ze śmiechem jego z półuśmieszkiem. Obok mój syn z siostrzeńcem... nie było szans na coś więcej ---- zresztą on jako czuwający nad wszystkim miał setki spraw. I moje ręce bezwiednie głaszczące go gdy tylko na siebie wpadaliśmy. Nigdy wobec nikogo nie miałam takiej żądzy dotyku. I jego milczenie - właśnie milczenie - moje gadanie i jego obserwacja. Wiem - był rozkojarzony - ta impreza - zresztą na nic nie liczyłam w końcu byłam gościem wśród tysiąca innych. Zresztą znałam jego życie przecież - nasze wieloletnie rozmowy powiedziały mi wiele o jego psychicznych problemach (dwubiegunowość?), jego kłopotach z rodziną. Mogłam to ciągnąć....wciąż po spotkaniu gadaliśmy. Ale przyszedł czas Jurka.
Książkowcy - wirtualny świat którego już nia ma
http://www.portal-pisarski.pl/profile.php?lookup=3097
http://portal-pisarski.pl/readarticle.php?article_id=15663
http://czastykl.blogi.pl/archive/2002-9
Fragment z bloga Arka
Notka 3 Komentarze (0)
21. wrzesień 2002 23:14:00
Klasówki nadal czekały na sprawdzenie. Zjawka robiła miny w stronę monitora, powstrzymując się czekoladowym batonikiem przed wejściem na czat. "Dzisiaj nie wchodzę, nie ma szans. Dziś tylko serfowanie po kobiecych pismach internetowych." - umacniała się w postanowieniu.
Sobota dogorywała zwyczajnie. Radio grało popowo-rockowe kawałki. Ewa czasu pisała nieczytliwe, kilometrowe wiersze. Tym razem jednak uważała, by nie popełniać gramatycznych rymów. Zdjęcia fantasmagorycznych kochanków, pomazane przez syna czarnym markerem, przypominały jej o najlepszych chwilach życia.
Czastykl cierpliwie czekał na czacie w złudnej nadzieji na spotkanie. Kobiety, o których myślał, miały już dawno dosyć jego grymasów i póz. Wiedział jednak, że jeszcze go sobie przypomną. Był bowiem tak rozczarowujący jak tabliczka "NIE KARMIĆ ZWIERZĄT!" z zapamiętanego w dzieciństwie, aglomeracyjnego ZOO.
A teraz czas na moją interpretację :P
Najpierw był Arek - mój czas, czastykl, lkytsacz. Gdy go wirtualnie poznałam, miałam w realu zawirowania z Czarkiem- Bykiem - podobnie jak Arek. Z Czarkiem było idealnie - dopóki nie nabił sobie do głowy, że połączy nas coś czego ja nie chciałam. Początkowe gadanie, śmiechy i pełne zrozumienie, jeśli może takie istnieć, zamienił na milczenie, podchody i obserwowanie moich reakcji. Czułam się jak mucha w pajęczynie, bo jego podchodzenie na 10 cm, jego ostre słowa, gdy byliśmy o krok, jego usiłowanie ciągłego wkurzania mnie lub bycie miłym przez chwilę - zamieniało nasze relacje w koszmar. Usiłowałam rozmawiać z nim tak jak kiedyś, gdy to nie pomagało - wychodziłam z pokoju gdzie był - na papierosa lub gdziekolwiek z dala od niego. Wołał mnie wtedy pod byle pretekstem i znów te obserwowanie mnie - jak reaguję. Jego intensywne myśli o mnie. prawie wariowałam, gdy wchodził do budynku, czułam takie pożądanie, że traciłam prawie zmysły. Gnałam wtedy do kogokolwiek- by to zagłuszyć. I wciąż myśli - jestem chora na głowę, czy to się dzieje naprawdę. I wtedy odkryłam net - inny świat - gdzie można pogadać - nie milczeć - nie cierpieć - po prostu przelewać to co się myśli na ekran. Mój pierwszy błysk - zderzenie z Arkiem. Młodszym, zabawnym, ale też Bykiem. Wypytywałam go - właściwie przenosiłam swoje problemy z Czarkiem na niego. Jakby on był tamtym tylko takim, którego można o wszystko. Jego świat pełen opowieści, wierszy, obrazów, które mi wysyłał. Jego utwory publikowane na Zabudowie Trawnika - chłonęłam jak idealny świat artysty. Moje wiersze do niego - pierwsze jakie pisałam - durne, gdy je teraz czytam. Uczyłam sie znaczenia słów, układania odpowiednich rymów, właściwie wszystkiego - nawet wrażliwości poetyckiej. Wpadłam po szyję - zamykałam komp z głową w chmurach, pisałam wiersz, wysyłałam mu i znów nasze rozmowy po świt. A potem... jego słowa że jestem zaborcza, jego milczenia - raz dłuższe raz krótsze - jego "podrywania" innych kobiet na ogóle, jego malkontenctwo i pogrywania. Nieudane spotkanie - w słuchawce obojętny czasem ostry ton, gdy rozmowa trwała bez świadków i szemrzący poddańczy prawie głos, gdy jego ojciec nas słuchał. Spotkanie, do którego nie doszło - było albo głupim nieporozumieniem albo jakąś jego gierką. Deszcz, chodzę po Warszawie, szukam koło UW Skrzynki, którą mi podał - dzwonię do niego gdzie to jest - ta jego obojętność zmroziła mnie bardziej niż lodowaty deszcz, który padał na mnie. Czekałam - komórka padła... ładowarki nie wzięłam... pojechałam w końcu do BUW, potem do siostry. Tam w trakcie ostrego picia - zadzwonił. Znów miły i przyjazny, znów potulny i uległy. Tłumaczył. przepraszał. Ja ciut wstawiona, obok słuchający mnie imprezowicze, ja ciut zmieszana, ale chyba szczęśliwa. Ale to był początek końca. Już nie dało się tego skleić - nawet nie chciałam. Tym bardziej, że z Czarkiem wciąż trwało to co trwało. Powiedziałam sobie - z dwoma na raz gierek nie będę uskuteczniać. I wtedy nadszedł czas Tomka.
Namiętność (czy dla P.?)
Siła pożądania
jest czasem
bólem samym w sobie
czy tylko spełnienie
może uciszyć
ten ogień....
wiem – to niełatwe
prosisz o wodę
prosisz o ciszę
nawet o zrozumienie
i nawet nie wiem
czy pragniesz mnie
bo głód zaspokoić
można kęsem
nawet czegoś
niesmacznego
co wpadnie pod rękę
cokolwiek
byle ucichł
zew krwi....
jest czasem
bólem samym w sobie
czy tylko spełnienie
może uciszyć
ten ogień....
wiem – to niełatwe
prosisz o wodę
prosisz o ciszę
nawet o zrozumienie
i nawet nie wiem
czy pragniesz mnie
bo głód zaspokoić
można kęsem
nawet czegoś
niesmacznego
co wpadnie pod rękę
cokolwiek
byle ucichł
zew krwi....
środa, 2 lutego 2011
Zabawa rymami
Bóg Salami (pisany na zamówienie - oczywiście dla T.Z.)
Między nami
jest czasami
Bóg Salami.
Czy parami
sobie sami
lansadami
z przysiadami
taniec damy?
Ty bokami
chodzisz, a my
rozmawiamy,
trochę gramy.
Przegrywamy -
lęk, co z nami,
więc słowami
studzisz, mamisz.
Za kratami
chcenia karmisz,
lecz nie Karmi -
- ale snami
i przed nami
dół z kolcami.
Lecz nocami
w łóżku sami,
choć nie sami.
Pogrywamy,
że nie damy
siebie samych
sobie. Ramy
układamy
i stawiamy
między nami.
Przygaszamy
ogień. Sami
odwlekamy
i staramy
ukryć bramy
rajskie. Trwamy.
Czy wytrwamy?
Między nami
jest czasami
Bóg Salami.
Czy parami
sobie sami
lansadami
z przysiadami
taniec damy?
Ty bokami
chodzisz, a my
rozmawiamy,
trochę gramy.
Przegrywamy -
lęk, co z nami,
więc słowami
studzisz, mamisz.
Za kratami
chcenia karmisz,
lecz nie Karmi -
- ale snami
i przed nami
dół z kolcami.
Lecz nocami
w łóżku sami,
choć nie sami.
Pogrywamy,
że nie damy
siebie samych
sobie. Ramy
układamy
i stawiamy
między nami.
Przygaszamy
ogień. Sami
odwlekamy
i staramy
ukryć bramy
rajskie. Trwamy.
Czy wytrwamy?
znów sztylet-strangler-Tomek-setki-innych-nicków
Kamil Kory kochaś
Napisał te słowa:
„Kochałeś? Tak, kochałem,
szybko jak popadnie.
Miłości nie chciałem-
- miłość to nie dla mnie”.
Taki obraz ciebie mam:
Ta gwałtowność, której brak
U mnie oraz ukazanie
Siebie w masce klauna i
Autoironizowanie, bo
Taka poza też jest dobra,
By nikt nie chciał wejść w ten świat
(niech to szlag
wychodzi proza )
Krew jako oczyszczenie –
- spłynie i już dobrze,
uleczy duszę ( ale zwód –
- przecież to tylko czcze gadanie –
krew nie pomoże).
Zakrwawione ciało zabija pożądanie,
Noc ukrywa piękno, ale i brzydotę,
Można poddawać się ułudzie,
Udawać, że jest źle,
Udawać, że jest dobrze.
Wyobraźnia popracuje:
Uformujesz świat na niby,
Ulepisz go od nowa,
Określisz jego cechy
I wdrożysz – lecz
Wstaje dzień i
Tylko zamki na lodzie.
A więc tak:
Krew zabija pożądanie,
Noc zabija rzeczywistość,
Ale czy
Coś ci pozostaje???
Oswajanie
sztyletowi a właściwie i innym też ;)
Tomkowe rozgrywki
Albo mnie wkurzasz, by dojść do prawdy,
Do tej szczerości.
I na co ona? Czy jest potrzebna?
Chcesz odkryć we mnie, sprawdzić, czy mi
Na tobie jednak zależy i
Czy jesteś godny, bo przecież wszyscy
Cię doceniają,
Jesteś ich bóstwem, bo pan redaktor
Jest i tak mądry, zna i języki
Obce, był w tylu odległych krajach,
Zna się na prawie, literaturze,
Na dobrej kuchni i na muzyce.
Kobiety pragną, by spojrzał okiem
Łaskawszym na nie, a tu ta durna
Ewa nie prawi mu komplementów.
Drwi z tych przymiotów, które docenia
I ta panienka i tamta dama.
„Trzeba tę Ewę trochę utrącić,
utrzeć jej nosa, bo taka pewna,
bo to jest takie denerwujące,
że ona – pani z prowincji i
bibliotekarka. Nie do strawienia,
by jej nie można było pod but.
Przecież i słowa piszę dosadne,
Osądzam ciągle, chcę dotknąć słowem,
By się poddała, by już uległa
I stała się tak miękka jak wosk.
Bo przecież moja ta duma męska
Nie może zdzierżyć, by takie nic
Wciąż mnie wkurzało, nie chciało dać
I telefonu i iść na piwo
Ze mną – to szok. I wzniecam zazdrość,
Staram być miły, udaję szczerość.
Nie działa nic!!!
Ani te słowa spod budki z piwem,
Ani ma dobroć ani ma złość.
Lecz ostatniego słowa ja jeszcze
Nie powiedziałem. Jeszcze spróbuję.
Jeszcze się uda – musi, bo chcę.
Zniszczę, opluję swe pożądanie,
Zmiotę (wiem o tym) i będę silny,
Bo taka Ewa nie jest i dla mnie,
Ja zaś nie dla niej. O, nie!
PRZECZYTAJ PIERWSZE LITERY
Anioł mi ciebie zesłał
ratować moją duszę, duszę
ewy grzesznicy,
która cierpi katusze
czekam na zmiłowanie,
złożę ręce do Boga
y pomodlę się długo
- bo w sercu moim trwoga.
Ciągle o nim rozmyślam,
zabrał duszę (i mało),
albowiem wciąż jeszcze chce też
rabować serce i ciało.
ewo, idiotką jesteś,
komu chcesz oddać siebie?
Czy warto tak się zapalać,
a przecież można być w niebie,
łowię słowa i gesty
y ciągle we mnie się kłębi:
czy warto wchodzić w to wszystko
z Czarkiem o mrocznej głębi,
a może wybrać Arka
słowa, muzyka i śmiech,
z nim byłoby jak z nikim innym,
ale czy on chce mnie?
słyszę głosy wokoło,
ty, w co się pchasz, idiotko,
a byłoby mi tak dobrze,
na pewno byłoby słodko,
ach, co mam robić, już nie wiem,
wokół mnóstwo doradców
i tylko myślę, czy warto
(a może spytać się radców)
mówić o tym, co boli,
serce wybierze samo
i czas wyleczy mi-
ę (prawda mój miły czastyklu)
- komu powiem - kocham cię.
Chyba mam serce z kamienia,
żadnego z trzech nie wybrałam,
arek, czarek, czy mąż,
sama nie wiem, ach, biada,
rozstrzelać albo na stos,
oto co zrobić powinni
ze mną ci trzej wspaniali,
super moi mężczyźni,
trzeba ciąć po kawałku
rozrywać jak pisał wojaczek,
zakopać potem pod murem
y splunąć trzy razy na krzaczek,
gdzie leżeć będzie me ciało,
nie żałować mnie wcale
i oddać duszę mą całą
emanuelowi, jednemu z aniołów,
temu, który przebaczy
y weźmie mnie poprowadzi
liliową ścieżką do raju,
ktoś boski tam mi poradzi,
otrze łzy, pocałuje,
ktoś, kto wszystko rozumie
i zna już odpowiedzi
ew, dorot i małgoś
dobrze zna serc rozterki
y wie, co robić i kiedy.
Rozważania porozmowne z G. W.
Dwa światy
zderzające się
z prędkością światła
ile czasu
mego czasu
musi upłynąć
by mogło dojść
do pojednania
jeśli jest ono
w ogóle
możliwe
jedynym spełnieniem
jest jedność ciał
a i to
tylko
na jedną
krótką
wieczność
Gwiazdozbiór Wodnika
Rozum przeczy sercu
powiesz banał
jak inaczej
przywołać Cię
jeszcze chwila
zanikną uczucia
nie mówiąc o emocjach
cisza jak martwa fala
przetoczy się
przez horyzont
moich myśli
stanę się chmurą
która rozwiana wiatrem
rozbłyska
ciemną nicością
chcę wciąż to czuć
choć wiem
to tylko błysk
i aż błysk
Gwiazdozbiór Byka
droga mleczna
galaktyki i setki
słońc
które wybrać
by odkryć
nowe
lepsze
idealne ?
szczęście
tak - wiem
mówisz mi
to tylko błysk
jakby
umierała gwiazda
czy na pewno
po niej
narodzi się życie?
wtorek, 1 lutego 2011
bollowi
Lille ma zapach lilii
lilie to Francja
więc
lepiej Anglia -
Yorków
a może jednak
Lancasterów
tylko których
czerwonych czy białych
walczymy
wiesz dobrze
że wciąż
chcemy
by wyszło na moje
ale czy po
będzie czas
na tango
z różą w zębach
a może płatki róż
rozłożysz mi
pod stopy ?
Netowo...
obserwujemy
oceniając innych
czując się lepszymi
od tych innych
czy to nie żałosne
dowartościowywanie się
kosztem innych
i tylko dlaczego
jest nas aż tylu...
oceniając innych
czując się lepszymi
od tych innych
czy to nie żałosne
dowartościowywanie się
kosztem innych
i tylko dlaczego
jest nas aż tylu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)













































